Wrogość

Boże, nie chce krzywdzić ludzi,
nie potrafię kochać prawdziwie,
odpycham bliskich od siebie,
szept i śmiech jak noc i dzień.

Kłamię. Tyle razy skłamałam,
że zapomniałam czym jest prawda.
Jak wygląda i gdzie się chowa
to co ludzie zwą szczęściem i dobrem?
Łudziłam się z każdym ocknięciem,
że to znów odmienię.

Mamiona strachem i niewiedzą ranię.
Tego nigdy nie chcę.
Czas dla mnie nie istnieje,
Jestem zamknięta pod jego kloszem.
Kto się zbliży trafia na wilczy dół.
Czego pragnę?
Kim jestem?
Wie to tylko dobry Bóg.

Nie patrzę w lustro,
żeby nie płakać nad sobą.
Moje ręce pokryte smutkiem
Same chcą podtrzymywać
mdlejącą z bólu głowę.

Znów mi się śni co raz to nowa
w marzeniu ja, robię coś nie tak.
Co raz ktoś pada przeze mnie
u swoich stóp.
Zbijam ich z nóg,
chcę ocierać ich łzy,
brak mi tchu, więc kradnę go im.
Pomagam się podnieść, przepraszam
i naprawiam pęknięte szkło gliną.

Co mi jest?
Jak wyzdrowieć mogę
bez wiedzy tych, którzy patrzą?
Bez siły tych, którzy śledzą mnie?
Jednak dalej stoję.

Dalej stoję dźwigając co niezdrowe na plecach.
Na szyi wisi to co nie chce wyjść z ust.
Zatkane uszy słyszą każdy drobny huk.
Znów złamałam język zdejmując ciężar z gardła,
to przeraźliwy, paraliżujący szczęk.

Milczę.
Chcę dalej żyć,
nie chcę umierać,
to dzieje się bez przerwy.
Z dnia na dzień
istnieję i ginę
w pyle pytań i tchnień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Losing a friend

Tryumf pamięci