Jormungand

 Oto kim jestem,

zbitkiem zdarzeń i chwil

przekutym w płomieniach emocji

zdobiony złotem wspomnień.


Kłębek myśli jaki mnie tworzy

wije się niczym biały wąż

śród gałęzi drzew Edenu,

poszukując jedynego owocu z drzewa życia,

chcę by wrócił mi kończyny.

Żebym mogła poczuć trawę pod stopami.

Żebym mogła dłońmi przeczesywać grzywy fal.

I zasłonić szyję, długą niewygodną.


Chcę ją ukryć, żeby była niedostępna.

Jednocześnie marzę by było ją widać,

obłożoną złotem, srebrem, rubinami.


Pragnę zrzucić ogon,

zachowując jego stabilność.

Nie jestem pewna czy to możliwe.

Najwyżej odrosnę na nowo.


Chce odświeżyć przyzwyczajenia,

ale przerażają mnie zmiany,

gwałtowne, długie, radykalnie duże, malutkie.


Nocą patrzę w gwiazdy

i gdy witają mnie razem z Księżycem

czuję wielką ulgę.

Mimo to bolesne łzy wzbierają

klinując się w moim gardle.

Potem wstaje Słońce.

Wprowadza mnie w nowe teraz

puszczając do mnie oko.

Niby ciepły, ale chłodny, odległy.


Gdyby nie mój wytrzymały kręgosłup,

byłabym tworem bez formy.

Trwałabym w cyklu odnowy.


Teraz przeczytaj z dołu do góry.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Losing a friend

Tryumf pamięci

Wrogość